Bliżej startu, przeżywałem duże dylematy logistyczne - czy zrobić sobie po drodze depozyt, jaki plecak zabrać, ile mieć wody, itp. Konieczność zabrania kurtki p. deszczowej eliminowała zabranie wyłącznie pasa biodrowego Naked, wariantu który dobrze sprawdził mi się na biegu 7 dolin. Nie lubię biegać z plecakiem, a jeśli muszę to staram się minimalizować jego wagę (na 6 dniowy trek po alpach mój plecak ważył bez wody 4 kg). Zdecydowałem się na 5L plecak Kalenji na jedzenie, kurtkę i wyposażenie obowiązkowe, a wodę zdecydowałem się zabrać w wyżej wspomnianym pasie Naked w dwóch soft flaskach 500mL. Odciążało to plecy i ułatwiało napełnianie na punktach. Nietypową cechą tego plecaka jest to, że jest ładowany tylko od góry i dlatego sięgałem do niego zaledwie 3 razy - 2 aby przełożyć żele i bułki do kieszeni z przodu, a raz aby oddać niepotrzebne rzeczy Przemkowi, który skończył bieg na 84 km z powodu kontuzji.
Na nogach miałem inov-8 Trailtalon 270 wraz ze świeżo kupionymi stoptutami. Nota bene około 40 km zauważyłem, że jeden nie jest w pełni zaczepiony - okazało się, że nit pękł... Do tego wysokie skarpety, getry, spodnie, koszulka z długim i z krótkim rękawem - okazał się to dobry zestaw na temperatury spadające do 2 stopni nad ranem. Dopełnieniem były rękawiczki - na rękach od około 6 rano i komin założony pod koniec, gdy deszcz i temperatura mocno już wyziębiały. Do jedzenia planowałem żele SIS i Aptonia, 3 batony i 3 bułki - pamiętny jak te ostatnie były jedynym co dobrze przyswajałem w trakcie 7 dolin.
Na starcie pojawiliśmy się z Przemkiem tuż przed 19. Był tam też już jego kolega Łukasz. Po odebraniu minimalistycznego pakietu (numer + mapa) wrzuciliśmy bagaże do przewiezienia na metę do busa. Porozmawiałem chwilę z biegaczem z Roztocza (pozdrawiam!) i poszliśmy na start.
Było 12 minut do startu, które częściowo urozmaicił nam pijany przechodzień próbując nawiązać kontakt z naszą nietypową grupą. W końcu jego dwie towarzyszki go odciągneły i po kilku minutach wystartowaliśmy za organizatorem a po 1.5km był start ostry i ruszyliśmy samodzielnie. Przez pierwszy kilometr trzymałem się za Przemkiem i Łukaszem, ale wiedziałem, że to tempo nie będzie dla mnie dobre i zostałem w tyle, zgodnie z planem przechodząc do marszu na podejściach. Do Ojcowa podążałem sam, z dwoma biegaczami widocznymi z przodu i jednym z tyłu. Zbiegając w lesie źle zinterpretowałem oznaczenia szlaku i trafiłem aż do asfaltu. Strata nie była wielka, ale demotywująca, bo w międzyczasie kilka osób mnie wyprzedziło.
Po powrocie pod górę, kontynuowałem wśród kilku osób aż do Pieskowej Skały. Planowałem tam zjeść jedno ciastko, uzupełnić wodę i biec dalej. Niestety pokusiłem się na 4 ciastka i obiło się to źle na moim żołądku. Około 1.5h mocno mi doskwierał, musiałem mocno się mobilizować aby iść do przodu i miałem też odruch wymiotny. Później zacząłem ostrożnie pić wodę z maltodekstryną, zjadłem żel i odrobinę bułki. Sytuacja zaczęła się poprawiać i w okolicach Kosmolowa było już dobrze. Tuż przed nim przegapiłem jednak zejście szlaku w prawo, co zauważyłem tylko poprzez track - na trasie nie widziałem żadnego oznaczenia i rekonesans na StreetView także nie pokazuje żadnych znaków.
Od 41km zaczął się odcinek znany mi z rekonesansu - dodał sił i nawigacyjnie poszedł bardzo dobrze. Za Jaroszowcem zbiegałem w czterosobowej grupie i wybiegliśmy na asfalt trochę za bardzo w prawo. Po chwili zorientowaliśmy się, gdzie jesteśmy i zbiegaliśmy już dalej.
Kolejna pomyłka nawigacyjna to przeoczenie odbicia szlaku, na szczęście nie trwało długo zanim się zorientowałem i powrót na północ był szybki:
Na trasie do Podzamcza spotkałem Przemka - spowolnionego przez kontuzję. Z bolącym kolanem nie był wiele wolniejszy niż ja, co pokazuje rozdźwięk naszych normalnych możliwości. Przemek zaproponował, że da mi swoje żele i zabierze niepotrzebne rzeczy. Zbiegając do Podzamcza zapakowałem je w worek strunowy, a już po 3 minutach Przemek też dotarł. Rozstaliśmy się - On na autobus a ja w dalszą drogę.
Na kolejnym odcinku rozmawiałem chwilę z Wojtkiem (pozdrawiam!). Gdy jednak trasa się wyprostowała, postanowił biec, a ja pozostałem przy moim ‘nordic walkingu’. Z trasy zapamiętałem podejście i zejście z Góry Zborów - strome i kamieniste oraz długie przeloty po asfalcie. Na punkcie na 104 km wolontariusze poratowali mnie własną bułką (Dziękuję!) - słodyczy i bakalii bałem się tykać, a moja 3 bułka właśnie się kończyła.
W Olsztynie na rynku nie mogłem dojrzeć znaków, a gdy zamajaczyły mi po przeciwnej stronie rynku, okazały się czymś zupełnie innym. Zajęło mi chwilę, zanim spojrzałem na mapę, a deszcz nie uprzyjemniał zadania. Zameldowałem się na punkcie, uzupełniłem wodę i leciałem dalej.
W Kusiętach były dwa miejsca wymagające więcej uwagi, ale na szczęście szybko trafiłem na dobrą trasę.
Trudniejszym momentem była Zielona Góra tuż przed Częstochową. O ile podejście było bezproblemowe, to już zejście w deszczu, przy bardzo wyblakłym świetle wyczerpanej czołówki i po kamienistej trasie było męczące i fizycznie i psychicznie.
Później miało już być łatwo i blisko, lecz zostało jeszcze 9 km, a celując w złamanie 24h trzeba było je pokonać szybko. Po wyjściu na asfalt przy zakładach przemysłowych zobaczyłem z tyłu światła. Starałem się utrzymać tempo, dalej idąc szybko, ale nawet nie myślałem o biegnięciu. Okazało się, że jest to Wojtek. Zmobilizował mnie do biegu - wedle moich wyliczeń mieliśmy jeszcze około 3 km do końca szlaku i kilka minut zapasu, ale okazało się, że odległość była nieco większa. Na koniec czerwonego szlaku dotarliśmy punkt o godz. 20.00:
Zajęło nam kilka minut zlokalizowanie i dotarcie do Szkoły, w której była meta. Wynik: 9te miejsce ex aequo. Czasu na świętowanie nie było dużo - ostatni transport w tym dniu do Krakowa to pociąg 20.53 - zdążyłem przebrać koszulkę i buty, zabrać plecaki i słodką bułkę i wyszliśmy w drogę na dworzec PKP. Piechotą byłyby słabe perspektywy dotarcia na czas w naszym stanie, lecz w pobliżu była taksówka i w kilka minut byliśmy na dworcu. Tam jeszcze 15 minut oczekiwania na pociąg i już siedzieliśmy w środku. W Krakowie Wojtek łapał busa do Myślenic a ja podreptałem na Pawią i do domu.
Z biegu zapamiętam na pewno bardzo fajną, kameralną atmosferę oraz “prostą logicznie” trasę - tylko czerwony szlak. Druga nauczka aby nie eksperymentować z jedzeniem i przemyśleć kilka razy zestaw zabranych rzeczy. Problem z żołądkiem wyeliminował mnie z biegania fragmentu już drugi raz.
1 comment:
Gratulacje mój drogi, dałeś radę.
Post a Comment